A więc stało się. W środowy wieczór po raz czwarty wylądowałem Airbusem na Vágar. Kolejny raz farerska ziemia wyłoniła się zza chmur na kilkadziesiąt sekund przed lądowaniem. Przed startem pachnącego nowością Airbusa 320 (dumnie noszącego nazwisko Williama Heinesena) z głośników sączyła się, zamiast utartej popowej papki, składanka farerskich kvæði, m.in. Grímur á Miðalnesi. I jak tu nie uronić nostalgicznej łezki? Mimo, że do Farojów jeszcze setki kilometrów.
Tag: refleksyjnie (Page 1 of 3)
Dwieście pięćdziesiąty wpis na blogu. Dziesięć lat od mojej pierwszej wizyty na Wyspach Owczych. To zdaje się dobra okazja do podsumowującej ostatnią dekadę na archipelagu subiektywnej notki. I też – siłą rzeczy – notki nostalgicznej.
Dokładnie pięć lat temu, 19 lipca 2018 roku po raz ostatni postawiłem stopę na Owczym archipelagu. Była to moja piąta wizyta na Wyspach Owczych, tym razem dłuższa niż poprzednie. Czekał mnie trzytygodniowy kurs w ramach Letniej Szkoły Języka Farerskiego oraz zbieranie materiałów do rodzącej się wtedy książki. I cała masa zaskoczeń i niespodzianek, które były dopiero przede mną.
Kierowany nostalgią, postanowiłem przypomnieć w jednym wpisie moje codzienne relacje z tamtej wyprawy. Kto wie, może moje wspomnienia posłużą komuś za inspirację…
Dwudziesty trzeci kwietnia 2014 roku, godzina 20.03 czasu lokalnego. Ozdobiony sylwetką głuptaka Airbus 319 farerskich linii lotniczych przebija się przez watę chmur. Słońce od kilku minut jest już tylko wspomnieniem. Dominująca biel za oknem przeistacza się powoli w szarzyznę, a maszyną oznaczoną rejestracją OY–RCG (kilka lat później otrzyma za patronkę farerską artystkę Elinborg Lützen) zaczyna lekko miotać. Wolę nie myśleć, jak przy zimowej pogodzie pod koniec lat 80. rzucało używanymi wówczas przez Atlantic Airways latającymi łupinkami z serii BAe 146.
Dzień był całkiem szary, przygaszony, bez akcentów. I może pod wpływem tej aury, ciężkiej i bezbarwnej, ciemniała cała ta wielka misa horyzontu. (…) Cały ten ciemny krajobraz, pełen powagi, zdawał się ledwie dostrzegalnie płynąć sam w sobie, przesuwać się mimo siebie jak chmurne i spiętrzone niebo pełne utajonego ruchu.
Była to czerń dziwnie nasycona, głęboka i dobroczynna jak sen pełen mocy i posilności. I wszystkie szarości krajobrazu były pochodnymi tej jednej barwy. Taki kolor przybiera krajobraz niekiedy u nas w chmurny zmierzch letni, nasycony długimi deszczami. Ta sama głęboka i spokojna abnegacja, to samo zdrętwienie zrezygnowane i ostateczne, nie potrzebujące już pociechy barw.
Nie mogłem nasycić oczu aksamitną, soczystą czarnością najciemniejszych partyj, gamą zgaszonych szarości pluszowych popiołów, przebiegającą pasażami stłumionych tonów, złamanych dławikiem klawiszy — ten nokturn pejzażu.
Znów wchłonął mnie i przytulił czarny las, w którego ciemnościach szedłem omackiem, jakby z zamkniętymi oczyma, na cichym igliwiu. Gdy się trochę rozwidniło, zarysowały się między drzewami kontury domów. Jeszcze kilka kroków i…
Zdjęcia ilustrowane fragmentami „Sanatorium Pod Klepsydrą” Bruno Schulza.




O osiemnastu wyspach zagubionych wśród północnych mórz. Subiektywnie. Czasem nawet bardzo.