Farerskie kadry

Blog o Wyspach Owczych

Autor: Maciej Brencz (Page 50 of 53)

Pamięci Williama Heinesena

W tym roku mija 35 lat od wydarzenia niezwykle ważnego dla farerskiej literatury. W roku 1981 dotarła do Williama Heinesena (zapewne nieoficjalnymi kanałami) wieść o planach przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla.

William Heinesen, uznawany obok Jørgena-Frantza Jacobsena za najwybitniejszego pisarza z Wysp Owczych,  tak później tłumaczył swoją prośbę o wycofanie jego kandydatury:

Język farerski posiadał swego czasu niską renomę – postawmy sprawę uczciwie – był on tępiony. Mimo to język farerski stworzył niezwykłą literaturę i właściwym było by przyznanie Nagrody Nobla autorowi tworzącemu w tym właśnie języku. Jeśli ja otrzymałbym tę Nagrodę, wtedy otrzymałby ją autor piszący po duńsku. Zadano by tym samym ogromny cios staraniom farerskiej literatury.*

Farerski pisarz nie był pierwszym autorem, który odmówił przyjęcia Literackiej Nagrody Nobla. W roku 1958 Akademia nominowała Borisa Pasternaka, który początkowo zaakceptował wyróżnienie, później jednak odmówił ze względu na naciski władz ZSRR. Zaś Jean-Paul Sartre (nominowany w 1964) nie przyjmował żadnych nagród za swoją działalność literacką. Jednak argumentacja Heinesena jest w tym gronie wyjątkowa.

Wypada w tym miejscu jedynie pogratulować Farerczykom takiego rodaka i oddać mu głos, aby w kilku słowach opisał swoją ojczyznę, która tyle lat była dla niego natchnieniem:

Urodzić się i wychować w takim miejscu, to – nietrudno pojąć – wielka łaska, z westchnieniem politowania oraz wzruszeniem ramion przychodzi myśleć o tych nieszczęsnych, którzy znają świat tylko z lektury pesymistycznych tytułów gazet z wielkich krajów.

Najbardziej pożałowania godni wydają się jednak nadobni przybysze z cywilizowanego świata, kiedy od czasu do czasu pojawiają się na ulicach Tórshavn, w charakterze angielskich, francuskich czy niemieckich turystów, snując się w deszczu i mgle z bezużytecznymi lornetkami zwisającymi smętnie na brzuchach, niby postacie z dantejskiego piekła. Łatwo zrozumieć ich głębokie westchnienie i niepocieszone miny, bo nie znając żadnego klucza do tego co ich otacza, skazują się na piekielną zaiste nudę głębokiej prowincji. Nie pojmują, że lepka mgła, w której mackach ugrzęźli, to ta sama odwieczna szaruga, z której ongiś powstał świat w pełni chwały, a brak im cierpliwości, by poczekać kilka dni, tygodni czy miesięcy, aż cud się powtórzy i wody niebieskie zbiorą się w jedno, odsłaniające suchy ląd – jak napisano.

Ze zbioru opowiadań „Zaczarowane światło

Polski czytelnik może zapoznać się z twórczością Heinesena sięgając po powieści „Czarny kocioł” i „Wyspy Dobrej Nadziei” oraz zbiór opowiadań „Zaczarowane światło”. Ze wstępu do tego ostatniego:

W sekwencjach pełnych zadumy i swoistego liryzmu zamyka Heinesen krajobraz i losy ludzi swej wyspiarskiej ojczyzny.

William Heinesen zmarł 12 marca 1991 roku w swoim ukochanym „pępku świata” – Tórshavn. Jego proza nadal zachwyca, a nam jeszcze nie raz służyć będzie pomocą przy próbie opisania i zrozumienia „zdumiewającego, wyspiarskiego i skalistego świata Wysp Owczych”. Bowiem jak mawiają Islandczycy – blindur er bóklaus maður (ślepy jest człowiek bez książki).

* – tłumaczenie na polski za goodreads.com 

(Nie)turystyczna zachęta

Faces of the Faroe Islands

We shouldn’t be here in the first place. There is no rational explanation for our settlement on these islands; they are far too remote, far too small, far too hostile for humans. They are perfect for birds of passage, not for tenants. And yet, here we are, 48,000 people, humanised, civilised, even globalized, having braved the adverse circumstances through the centuries.

Looking back at the history of the Faroe Islands there is little to suggest that we would have anything unique to offer the rest of the world other than our great skills in fishing and living off scarce natural resources. As for the arts, our country could never have fostered geniuses like Shakespeare or Mozart simply because circumstances and stimuli to nurture artistic talent were not present. Art was of no use. It was not a profession, nor a desired skill. Perhaps not even a word in the vocabulary.

za faroeislands.com

Oblicza Wysp Owczych

Przede wszystkim, nie powinno nas tutaj być. Nie sposób wytłumaczyć naszej obecności na tych wyspach – są one zbyt dalekie, zbyt małe, zbyt nieprzyjazne dla człowieka. To idealne miejsce dla wędrownych ptaków, ale nie dla człowieka. Ale jednak, jesteśmy tutaj, 48 tysięcy mieszkańców, ludzkich, cywilizowanych, ba – zglobalizowanych. Przez wieki dzielnie stawiając czoła niekorzystnym warunkom.

Patrząc wstecz na farerską historię, mało sugeruje, że mamy coś niezwykłego do zaoferowania reszcie świata poza naszymi umiejętnościami połowu ryb i korzystania z ubogich dóbr naturalnych. Co się zaś tyczy kultury, nasz kraj nigdy nie mógłby wydać geniuszów pokroju Szekspira czy Mozarta. Z prostego powodu – brakowało warunków i bodźców by rozbudzić artystyczne talenty. Sztuka nie miała żadnego praktycznego użytku. Nie była zawodem, ani pożądaną umiejętnością. Może nawet nie istniało na nią odpowiednie słowo.

Aż chce się dodać „a jednak…”

Effodeildin, czyli futbolowe Faroje

Ktoś złośliwy na pytanie o narodowy sport Farerczyków odpowie za pewne „strzyżenie owiec na czas”. A my taką odpowiedź skwitujemy wzruszeniem ramion, cichym helveti rzuconym pod nosem i błyskawiczną korektą. Wyspiarze ubóstwiają dwie konkurencje: futbol i wioślarstwo.

5 marca startuje na Farojach kolejny sezon Effodeildin, czyli futbolowej ekstraklasy rozgrywanej w systemie wiosna – jesień. Sezon tradycyjnie inauguruje Stórsteypadystur, czyli mecz o Superpuchar Wysp Owczych rozgrywany między ligowym mistrzem, a zdobywcą pucharu (Løgmanssteypið) w poprzednim roku.

W tym roku tytułu mistrzowskiego broni stołeczne B36, w którego barwach porywa kibiców nasz rodak, Łukasz Cieślewicz – środkowy pomocnik, zdobywca 10 bramek w poprzednim sezonie (najlepszy strzelec zespołu). Przebieg rozgrywek śledzić można na faroesoccer.com.

Krótko o historii

Pierwsze ligowe rozgrywki na Farojach odbyły się w roku 1942. O mistrzostwo walczyły wówczas cztery drużyny, wśród nich TB Tvøroyri założony w 1892 (najstarszy, i do dziś istniejący, klub piłkarski na Wyspach). Pierwszym mistrzem został KÍ Klaksvík.

W roku 1944 liga zawiesiła działalność na jeden sezon. Z powodu brytyjskiej, pokojowej okupacji archipelagu zabrakło… piłek.

Używaną od początku historii rozgrywek nazwę Meistaradeildin (Liga Mistrzów) zmieniono w roku 1976 na 1. Deild (1. Liga). Wprowadzono także zasady awansu i spadku do drugiej ligi.

W roku 1988 ligę poszerzono do 10 zespołów (formuła ta obowiązuje do dziś), a od roku 1991 najlepsze farerskie kluby uczestniczą w rozgrywkach europejskich.

Obecna nazwa rozgrywek Effodeildin (pochodząca od sponsora, koncernu paliwowego Effo) obowiązuje od 2012 roku.

B36 – NSÍ

Zobaczmy jak wyglądał mecz B36 Tórshavn z Nes Sóknar Ítróttarfelag Runavík (NSÍ) w sierpniu 2015:

Boisko ligowe, w kraju w którym deszczowych jest 214 dni w roku, musi być rzecz jasna dodatkowo zroszone przed meczem. Lokalna straż pożarna służy pomocą. Nie zdziwiłbym się, gdyby kierowca tego strażackiego wozu przywiózł na mecz swojego kumpla z poprzedniej zmiany, który po służbie jest zawodnikiem drużyny gospodarzy.

  
Prezentacja zawodników drużyny B36 (białe koszulki) oraz gości z NSÍ.

Farerski mecz piłkarski jest niezwykłym wydarzeniem. W trakcie przerwy i tuż po zakończeniu spotkania na boisko wbiegają małe dzieci, nastolatki i ich rodzice. Dziękują zawodnikom, radośnie podają sobie piłkę, strzelają na bramkę. Zamiast wielkiego ligowego wydarzenia, z bramkami bezpieczeństwa, wyznaczonymi sektorami dla kibiców gospodarzy i gości, kordonu stewardów, mamy coś na kształt rodzinnego święta. Nierzadko na trybunach na koszt klubu serwowane są hot dogi oraz kawa.

Nie jest to niczym dziwnym w kraju, w którego piłkarskiej reprezentacji występują panowie na co dzień kierujący wózkiem widłowym, wynajmujący turystom samochody czy odprawiający pasażerów na lotnisku w Vágar. Futbol traktują jako swoją pasję, realizowaną po godzinach, dla własnej satysfakcji i radości kibiców.

Bilet i program meczowy ze składem drużyny gospodarzy (ze wspomnianym wcześniej polskim – i to silnym! – akcentem).

Futbolowy słowniczek kibica

mál – bramka
umfar – kolejka ligowa
dómari – sędzia
fótbóltur – piłka nożna

Warto zagospodarować dwie godziny w trakcie wizyty na Farojach i wybrać się na tamtejszy mecz ligowy. Za 50 duńskich koron zobaczyć spotkanie dwóch drużyn pełnych pasji, zaangażowania i zwyczajnej radości, którą pamiętamy z meczów z podwórka. Coś czego niestety próżno szukać na zawodowych arenach, na której spotykają się drużyny pełne przepłaconych i „nurkujących” gwiazd futbolu każące płacić za ten często nudny i pełen kalkulacji spektakl dziesiątki funtów.

Ja zaś czekam na kolejną edycję PESy, w której będzie można włączyć farerską wersję Jima Beglina i Jon Championa, w której komentarz rozpocznie się od pięknego powitania „Gott kvøld, Jon! Hvussu hevur tú tað?” i w której ustawienia pogody będą zablokowane w jednej jedynej pozycji 😉 A co, nie można pomarzyć?

P.S. Na wspomnienie historycznego meczu z Austrią przyjdzie czas we wrześniu.

Ławeczki

Muszę przyznać się do pewnego zboczenia. Niekłamaną przyjemność sprawia mi fotografowanie… ławeczek. W im bardziej nietypowym i piękniejszym miejscu jest postawiona, tym przyjemność zyskuje na sile.

Najtrudniejsza rzecz już za mną, przejdźmy zatem do kadrów…

Widok na Klaksvík, wyspę Borðoy i uciętą Kunoy z podnóża Klakkur (413 m n.p.m.).

Kawałek dalej w drugą stronę (z widokiem na odległe Eysturoy i bliższe Kalsoy) skierowana jest kolejna ławeczka.

Tórshavnarski deptak Niels Finsens gøta z ławeczką w wersji XXL dla trolli.

Nólsoyskie miejsce na biwak z widokiem na schowany w chmurach wierzchołek Eggjarklettur i wschodnie klify wyspy.

Jeziorko ukryte gdzieś w pobliżu drogi Kirkjubøarvegur. Za wzgórzem czeka pięknie położone Velbastaður. Na horyzoncie ledwo widoczny zarys wyspy Hestur (pol. Koń).

Piękny sierpniowy poranek gdzieś na opłotkach Tórshavn na ścieżce wiodącej do Norðasta Horn.

Ławeczka przy drodze do Syðradalur* na Streymoy. W tle pierwsze zabudowania Velbastaður.

Ławeczka w Miðvágur z widokiem na wyspy Koltur i Hestur. Na bliższym planie baseny hodowlane z łososiami, których za żadne skarby nie da się kupić w lokalnym sklepie. Zresztą samo pojęcie „sklep rybny” jest czymś dla Farerów nieznanym. Podobnie ma się sprawa z „owczym serem”.

Nie wiem jak Wy, ale ja mógłbym na tym przystanku w Velbastraður czekać na czerwony bus do Tórshavn całe dnie. I nawet wysłać pocztówkę korzystając z niebieskiej skrzynki pocztowej. Jeszcze bym pewnie podziękował kierowcy za to, że tak dzielnie przeskakiwał kolejne kursy.

W tle przykryta czapeczką wyspa Koltur (pol. Źrebię).

A na zakończenie historyczny akcent ze szlaku Tórshavn – Kirkjubøur. Liczący ponad 120 lat kamienny fotel przewodniczącego zebrań, które odbywały się w tym miejscu przez wiele lat. W ich trakcie okoliczna ludność słuchała patriotycznych przemówień i śpiewała narodowe pieśni.

Zaś w ramach gościnnego postscriptum islandzka ławeczka z widokiem na pole lawy na wyspie Heimaey w archipelagu Vestmannaeyjar, gdzie podziwiać można kratery wulkanów Eldfell (z lewej strony, nówka sztuka, rok produkcji 1973) oraz wygasłego Helgafell (środek kadru)*.

* – uwaga, moja amatorska żyłka lingwistyczna znowu daje o sobie znać. Tym razem za sprawą literki ð, która wyłącznie w tej konfiguracji nie jest niema. Zbitkę ðr wymawiamy gr co daje nam groźnie brzmiące SygradalurOsada o tej samej nazwie znajduje się także na wyspie Kalsoy. Podobna sytuacja ma miejsce z dwoma osadami Nes (na wyspach Suðuroy i Eysturoy).

* – nazwy tych wulkanów wymawiamy (z piękną islandzką preaspiracją w postaci h) następująco: eltfehtl oraz helkafehtl.

Kraina, która jest, a czasem jej nie ma

Hallgrímur Helgason w powieści „101 Reykjavik”:

Hlynur, bohater książki, ogląda wiadomości pakistańskie, by dowiedzieć się, czy Islandia istnieje na mapie świata. Spiker na chwilę schyla głowę i odsłania stosowny zakątek Atlantyku. Tym razem Islandii nie ma.”Islandia to taki kraj, który czasem jest, a czasem go nie ma. Zależy od tego, w jakim nastroju był grafik. Czy chciało mu się umieszczać tam tę wyspę na szkle w lepkiej od potu agencji reklamowej w centrum Karaczi, w której faks nadal nie działa, i już dwa tygodnie minęły od czasu, gdy zerwała z nim narzeczona. Stąd te terytorialne kaprysy. Ale nie jestem aż tak wielkim patriotą, żeby się tym przejmować. W pewnym sensie nieźle się czuję, zamieszkując wyspę, której nie ma na mapie. Takie tymczasowe wakacje. Nie uczestniczymy. Przyglądamy się, a nikt nas nie widzi.”

Podobnym obserwatorem, stojącym nieco z boku, są Faroje. Osiemnaście malutkich pikseli w morzu niebieskiego na mapie prognozy pogody. Zakryłaby je chmurka z kroplami deszczu z podpisem „Tórshavn”. Gdyby tam była. Jednak nie sądzę, aby Farerczycy z tego powodu szczególnie lamentowali.

Niestety, nawet Norwegowie z yr.no obcięli Owczym kilka wysp:


Gdyby ktoś się wybierał w ten weekend na Faroje – w Tórshavn ma być w miarę słonecznie, +4 st. C.
(Notka zainspirowana powyższym cytatem służącym jako opis do zdjęcia islandzkiego interioru na małej wystawie w poznańskim Collegium Novum)

Page 50 of 53

Tekst i zdjęcia: Maciej Brencz & Materiały udostępnione na licencji CC BY-SA 4.0


Napędzane przez WordPress & Szablon autorstwa Andersa Noréna